Operatorzy nie chcą "sypać" policji.


Dostawcy internetu niechętnie ujawniają dane osób wymieniających się w sieci programami czy muzyką - uzyskanie ich imion i nazwisk może trwać nawet dwa lata. Policja obawia się paraliżu, jeśli zawiadomienia o takich przestępstwach sypną się tysiącami.Kilka dni temu opisaliśmy praktyki warszawskiej firmy Kancelaria Prawnicza Obig reprezentującej interesy producentów gier oraz wydawców muzyki i filmów. Opracowała ona kontrowersyjny sposób zwalczania piractwa internetowego.
Za pomocą specjalnego programu Obig śledzi w sieci adresy IP komputerów (identyfikują one komputer tak jak tablica rejestracyjna samochód), których właściciele wymieniają się programami. Te numery firma przekazuje policji i domaga się wszczęcia postępowania. Potem policja żąda od dostawców internetu ujawnienia, kto kryje się za danymi numerami. Te informacje umieszcza w aktach sprawy, do których Obig jako reprezentant pokrzywdzonych ma dostęp. Firma bierze z akt adresy i wysyła osobie podejrzewanej o piractwo żądanie zapłaty, grożąc w przeciwnym razie procesami. W grę wchodzą kwoty od 500 zł do 3 tys. zł.
Część internautów odebrała takie praktyki jako wymuszanie haraczu (tym bardziej że dowody, które posiada Obig, mogą być dyskusyjne). Jacek Wycech, szef Obigu, twierdzi, że nie domaga się żadnego haraczu, lecz przysługującego zgodnie z prawem odszkodowania. Wielu komentatorów oburza to, że Obig uzyskuje dane od policji, uruchamiając całą państwową machinę ścigania po to, by koniec końców wystąpić z prywatnymi żądaniami finansowymi. Ale okazuje się, że jednym z najtrudniejszych ogniw tego łańcucha jest uzyskanie danych od dostawców internetu. - To droga przez mękę - narzeka Jacek Wycech. - Uzyskanie danych osobowych potrafi trwać nawet dwa lata.
Sami dostawcy internetu nie chcą ujawniać, ile mieli przypadków zwrócenia się przez policję i prokuraturę z wnioskami o udostępnienie danych klientów, którzy byli podejrzewani o nielegalną wymianę plików. - Liczba zapytań ze strony organów ścigania rośnie - twierdzi jedynie Patrycja Gołos z UPC Polska. I dodaje, że ani policja, ani prokuratura nie mają obowiązku informować o rodzaju przestępstwa, którego zapytanie dotyczy. Może więc organom ścigania chodzić zarówno o nielegalną wymianę plików multimedialnych, jak i np. o dziecięcą pornografię.
Czy dostawcy sami odcinają dostęp do sieci, gdy widzą, że ktoś mocno wymienia się plikami? - Nie jest naszą rolą kontrolowanie każdego użytkownika czy ściągane przez niego treści są legalne, czy też nie - uważa Gołos. - Usługa może zostać odłączona, jeśli klient naruszy zasady regulaminu, w którym są również zapisy w zakresie naruszeń prawa autorskiego. Są to jednak rzadkie przypadki - wyjaśnia Gołos. Monika Rutkowska z sieci Aster dodaje, że polskie prawo nie zabrania użytkownikom posiadania danych czy robienia kopii zapasowych na własny użytek. Innymi słowy ściągać muzykę czy filmy z sieci można. Zabronione jest tylko ich rozpowszechnianie. Wyjątkiem są gry i programy komputerowe. Ściąganie, a nawet posiadanie programów bez licencji jest przestępstwem.
Specjaliści od piractwa internetowego wstrzemięźliwe tłumaczenia dostawców przyjmują ze zrozumieniem. Ich zdaniem nie chcą oni podcinać gałęzi, na której siedzą. Tajemnicą poliszynela jest, że nielegalna wymiana plików jest jednym z istotnych powodów rozwoju szerokopasmowego internetu w Polsce. Przykład? Jak wynika z badań UKE przeprowadzonych rok temu, kiedy TP SA zlikwidowała limit transferów dla usługi neostrada, aż o 70 proc. wzrósł ruch p2p (pobieranie dużych plików z sieci: filmów DVD, plików muzycznych). - W efekcie wywołało to przeciążenie sieci - pisał Urząd. Według Jacka Wycecha z Obigu polskie prawo jest źle skonstruowane. - Piractwo komputerowe to zjawisko na ogromną skalę. A procedury są zbyt skomplikowane. Wyobraźmy sobie, że np. dostarczamy policji 13 tys. numerów IP, których właściciele są podejrzewani o popełnienie przestępstwa. Policja musi każdej z tych spraw założyć teczkę, nadać numer. Są zablokowani na pół roku! - twierdzi Wycech.
Na to samo narzeka inny nasz informator - osoba związana z organami ścigania, specjalizująca się w przestępczości internetowej. - Jeśli takie zgłoszenia, jakie robi Obig, sypną się tysiącami, prokuratura i policja zostaną sparaliżowane. Dlatego powinny one dotyczyć tylko osób rozpowszechniających nielegalnie treści na masową skalę, a nie płotek, które wymieniły kilka plików z muzyką - mówi nasz rozmówca.
Część internautów odebrała takie praktyki jako wymuszanie haraczu (tym bardziej że dowody, które posiada Obig, mogą być dyskusyjne). Jacek Wycech, szef Obigu, twierdzi, że nie domaga się żadnego haraczu, lecz przysługującego zgodnie z prawem odszkodowania. Wielu komentatorów oburza to, że Obig uzyskuje dane od policji, uruchamiając całą państwową machinę ścigania po to, by koniec końców wystąpić z prywatnymi żądaniami finansowymi. Ale okazuje się, że jednym z najtrudniejszych ogniw tego łańcucha jest uzyskanie danych od dostawców internetu. - To droga przez mękę - narzeka Jacek Wycech. - Uzyskanie danych osobowych potrafi trwać nawet dwa lata.
Sami dostawcy internetu nie chcą ujawniać, ile mieli przypadków zwrócenia się przez policję i prokuraturę z wnioskami o udostępnienie danych klientów, którzy byli podejrzewani o nielegalną wymianę plików. - Liczba zapytań ze strony organów ścigania rośnie - twierdzi jedynie Patrycja Gołos z UPC Polska. I dodaje, że ani policja, ani prokuratura nie mają obowiązku informować o rodzaju przestępstwa, którego zapytanie dotyczy. Może więc organom ścigania chodzić zarówno o nielegalną wymianę plików multimedialnych, jak i np. o dziecięcą pornografię.
Czy dostawcy sami odcinają dostęp do sieci, gdy widzą, że ktoś mocno wymienia się plikami? - Nie jest naszą rolą kontrolowanie każdego użytkownika czy ściągane przez niego treści są legalne, czy też nie - uważa Gołos. - Usługa może zostać odłączona, jeśli klient naruszy zasady regulaminu, w którym są również zapisy w zakresie naruszeń prawa autorskiego. Są to jednak rzadkie przypadki - wyjaśnia Gołos. Monika Rutkowska z sieci Aster dodaje, że polskie prawo nie zabrania użytkownikom posiadania danych czy robienia kopii zapasowych na własny użytek. Innymi słowy ściągać muzykę czy filmy z sieci można. Zabronione jest tylko ich rozpowszechnianie. Wyjątkiem są gry i programy komputerowe. Ściąganie, a nawet posiadanie programów bez licencji jest przestępstwem.
Specjaliści od piractwa internetowego wstrzemięźliwe tłumaczenia dostawców przyjmują ze zrozumieniem. Ich zdaniem nie chcą oni podcinać gałęzi, na której siedzą. Tajemnicą poliszynela jest, że nielegalna wymiana plików jest jednym z istotnych powodów rozwoju szerokopasmowego internetu w Polsce. Przykład? Jak wynika z badań UKE przeprowadzonych rok temu, kiedy TP SA zlikwidowała limit transferów dla usługi neostrada, aż o 70 proc. wzrósł ruch p2p (pobieranie dużych plików z sieci: filmów DVD, plików muzycznych). - W efekcie wywołało to przeciążenie sieci - pisał Urząd. Według Jacka Wycecha z Obigu polskie prawo jest źle skonstruowane. - Piractwo komputerowe to zjawisko na ogromną skalę. A procedury są zbyt skomplikowane. Wyobraźmy sobie, że np. dostarczamy policji 13 tys. numerów IP, których właściciele są podejrzewani o popełnienie przestępstwa. Policja musi każdej z tych spraw założyć teczkę, nadać numer. Są zablokowani na pół roku! - twierdzi Wycech.
Na to samo narzeka inny nasz informator - osoba związana z organami ścigania, specjalizująca się w przestępczości internetowej. - Jeśli takie zgłoszenia, jakie robi Obig, sypną się tysiącami, prokuratura i policja zostaną sparaliżowane. Dlatego powinny one dotyczyć tylko osób rozpowszechniających nielegalnie treści na masową skalę, a nie płotek, które wymieniły kilka plików z muzyką - mówi nasz rozmówca.
Źródło: Gazeta Wyborcza

